Moze wiec po kolej.
Dzien I – niedziela
Wlasnie znalezlismy kafejke internetowa wiec korzystamy.
Pogoda dopisuje, moze nawet troche za goraco.
Ocean fantastyczny.
Wlasnie robimy sobie spacer po okolicy. Brudno, jak to w tej czesci swiata i halasliwie.
NArazie chcemy troche sie oswoic z klimatem i zmiana czasu, ale pewnie za pare dni pomyslimy o jakiejs dalszej wyprawie po wyspie.
Na terenie naszego hotelu sa lezaki, basen i palmy. Dzis jak lezelismy pasiasta wiewiorka wyjadla z torebki drozdzowke, a obok nas przeszedl wielki jaszczur.
Na palmach i magnoliach pelno ptakow. Sa halasliwe. Hindusi radza sobie z nimi w kolonialny sposob-> strzelajac w korony drzew…
I narazie, tak z grubsza to tyle.
Podoba sie nam….
Tylko te 5 godzin roznicy…. dzisiaj prawie zaspalismy na sniadanie… O 10 miejscowego czasu obudzil nas room service…
Ale jeszcze "wydali"…
Aha, karmia dobrze, takze z diety nici 😦
Dzien – chyba III – II, jest na wpisie ponizej…
wczoraj bylismy w Galle.Zawoziozl nas tam rykszarz i bardzo przejety swoja rola pokazal nam duzo wiecej niz tylko po- portugalskie mury.
Najpierw bylismy w fabryce jedwabiu– nareszcie wiem jak wygladala hodowla jedwabnikow co to ja moja mama w domu miala…
Potem byly mury, potem, food market z mnostwem owocow- niby to co u nas, ale smakuje inaczej.
Banany sa male i zolte, mango zielone i tez male, za to zupelnie bez wlokien, a granaty maja tak silny sok, ze nawet po umyciu zebow, sa ciagle czerwone, jak po winie.
Potembylo jeszcze: ladies hill, czyli punkt widokowy z takiego centrum relaxu, czy czegos takiego- fontanny, masaze i mnostwo herbaty.
No a potem jeszcze pojechalismy do takiego zakladu obrobki kamieni szlachetnych.
wygladalo to niezle, sprzedawca (posiadacz 4 kopalni!) wynosil nam (my siedzielimy na fotelach przy stole) walizki a w srodu w osobnych pakuneczkach byla zapakowana bizuteria.
Najperw oczywiscie przyniesli wszystko to co bylo na ladach w sklepie- takich tacach.
nic oczywiscie nie kupilismy, ale niektore rzeczy sa niesamowite.
Oni specjalizuja sie tu w rubinach i szafirach.
A najdrozszy z mozliwych jest tzw. star safire, ktory wyglada jak szary , opalizujacy kamien, ale jak sie z nim wyjdzie na slonce- co tez zrobilam razem z jednym sprzedawca-to na jego czubku pojawia sie gwiazda- jak padnie na niego promien slonca!
Co ciekawe szafiry szlifuja na okraglo.
Takze tak minela nasza wycieczka.
Dzis natomiast bylo opalanie sie.
Na deske narazie odwagi zabraklo, ale za to zaskoczeni, ze my tacy wciaz biali, troche sie dzis przez przypadek spieklismy.
Wiec jutro jedzienmy na kolejna wycieczke.
Z tym samym gosciem, do pomnika buddy, ktory jest nie daleko.
JEmy teraz w takich barach, ktore sa przy plazy surferow.
JEdzeinie dobre, swieze i naprawde bardzo tanie.
Do krabow i homarow daja te super skomplikowane sztuce, ale jakos dalismy rade :))
coprawda fakt, dobry schabowy tez zly nie jest i by sie zjadlo
A zupka ogorkowa…
Tu ta mieszanka smakow moze byc meczaca.Narazie smakuje, ale po miesiacu to ananas z cebula i pomidorem moze pewnie znuzyc. 🙂
Dzis – nie wiem jaki i ktory dzien…
Dzis jako, ze spalilismy sie wczoraj pojechalismy na kolejna wycieczke z naszym rykszarzem.
Na tzw. boat trip laguna.
LAguna to takie miejsce, gdzie rzeki wplywaja do oceanu. Poplynelismy w gore rzeki. Lodzia.
Po drodze byly warrany- to takie mini-krokodyle, malpy, swiatynia buddy w cytrynowym gaju (czy jakos tak).
Potem poejchalismy na turtle farm, czyli miejsce gdzie zbieraja jaja zolwi, pilnuja i wpuszczaja do oceanu- to tez bylo nawet ciekawe.
Potem byla jeszcze swiatynia lezacego buddy– najwiekszego w poludniowo-wschodniej Azji (z lezacych buddow), moon stone mine, czyli kopalnia takich blekitnych kamieni (podobno sa tylko tutaj-), plantacja cynamonu, i miasto, ktore slynie z mask. Bo oni tu ich duzo uyzwaja, nie tylko w teatrze i dla turystow, ale tez wieszaja przed domami, zeby chronily przed zlem i chorobami.
Jutro znowu plaza w planach.
Powoli przyzwzczajamy sie do temperatur.