Już bym chciała by był…
z kilku powodow.
najwazniejszy, to uwazam, ze jesli gin juz mi powiedzial, ze mozna rodzic, tzn. ze mozna.
o ile 2 tygodnie temu mozna bylo liczyc na to, ze gdy polozna powie podczas porodu:
"pani, Justyno to prosze teraz mostek zrobic" to przynajmniej bym sprobowala, to teraz na to nie ma najmniejszych szans. i z dnia na dzien moja kondycja jest coraz gorsza.
jestem nie wyspana, spuchnieta i wszystko mnie drazni.
poza tym mam dosc Diabla, ktory robi zakupy i ciagle czegos nie ma w domu: bo co z tego, ze kupil kabanosy i parówki, skoro nie ma dajmy na to ryzu i puszek dla kota (bo na liscie nie bylo).
nie wiem jak minie porod i myslenie o tym jest fatalne.
Gadam z tą małą kluchą w brzuchu, ze moj brzuch to nie jest najlepsze miejsce na swiecie i ma nieodpowiedzialna matke i nie interesuje ja, ze gin powiedzial, ze szyjka twarda a lozysko bez zmian, ze klucha jest dotleniona, i ze jej tam dobrze, choc troche ciasno.
Wczoraj:
-byly porzadki,
-mycie podlogi na czworaka,
-tradycyjny basenik (to zaczyna byc groteska – chcieli mi sprzedac bilet dla
niepelnosprawnych
– potem pocieszalam Diablego, ze nie musimy sie martwic o kase, bo on jako opiekun niepelnosprawnej wchodziłby za darmo – wiec do ….grudnia? duża oszczędność) ,
-nasiadówka w wyciagu z lipy – bo takie robię, bo zmienjszają napięcie ponoć (tez dramat, bo okazalo, sie ze tym, razem sie nie
zmiescilam do miednicy (Diabli sie ucieszyl, bo pyta, czy moze ja w koncu pod terme wstawic- bo ta cieknie- ale nie dalam- stopy (też regularnie moczone) mi sie jeszcze mieszcza!)
– duży obiad, żebym nie była głodna w szpitalu -zaserwowałam faszerowaną paprykę (mięsne, ostre) + racuchy z jabłkami
I co?
i nic!
Jestem jak byłam.