Dziś przyszło krzesełko do karmienia… (jutro foto)
Generalnie mam doła, że wszystko w życiu Łuczyny wprowadzamy za późno. Ujemne skutki planowania.
Przyzwyczaiła się jeść w foteliku samochodowym postawionym na krześle (wariant zły, bo niestabilny), a od tygodnia najchętniej je posadzona mi na kolanie i nowe krzesełko jej się nie podoba.
Posadzona tam wyła przez pół godziny.
To samo było z chustą. Nie lubi jej i nie daje się w niej nosić.
Wogóle nie lubi całej masy wynalazków. Mata edukacyjna jest ciekawa tylko jako punkt demarkacyjny podczas pełzania po podłodze a wogóle to koc z poduszkami to dużo ciekawszy tor przeszkód 😦
Dobrze, że nie dałam kupić chuśtawki, bo pewnie było by tak samo.
Z zabawek najlepsze są piloty do cyfry i tiwi oraz opakowania po kremach.
Pytałam się mojej mamy i ona mówi, że myśmy krzesełka nie mieli i jedliśmy na kolanie. I ja się pytam: czemu ona mi tego wcześniej nie powiedziała???!!
Przecież bym nie kupowała.
Siadł mój dysk. Ostatecznie i nieodwołalnie. Razem z nim zaginęło wszystko nad czym pracowałam, przez ostatnie 3 lata… Wcześniejsze rzeczy są skopiowane na płytkach. Po chwili przemyśleń myślę, że warto założyć, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i pewnie wszystko ma jakiś głębszy sens i stało się dobrze.
No bo cóż można zrobić?
I żeby nie kończyć pesymistycznie wpisu przepis na nowy ulubiony deser Łuczyny.
Trzeba wziąć granata i dobrze go pougniatać. Turlać, naciskać, tak, żeby żadna pestka w środku nie była cała. Potem wbijamy wykałaczkę -> wkładamy do szklanki i palcami wyciągamy wykałaczkę (ważne, bo sok z granata jest niespieralny, a po wyjęciu wykałaczki wystrzeliwuje!) Sok zlatuje – wyciskamy owoc (tak będzie na 1/3 szklanki).
Robimy kaszkę ryżową na wodzie – mało wody, żeby była gęsta jak ziemniaki gotowane.
Wlewamy sok.
Mieszamy.
Karmimy dziabąga.
Uwielbia 🙂
