Babcia Lucia, czyli moja mama przywiozła ostatnio Łucji kolejną kaczuszkę 🙂 Kaczuszka po porcjowaniu zajęła pół zamrażarki (powstaja na niej kolejne sety zupek dla Kluchy), więc postanowiliśmy że młody kurczaczek kupiony na tym samym gospodarstwie… pójdzie na rosół! Rosół właśnie się ugotował i wyszedł mi rewelacyjny! Jest to pierwszy mój rosół i jestem na maxa dumna z efektu. 🙂 Nie wiem co zrobić z taką ilością gotowanego mięsa, ale to zaraz po necie poszukam. Wstępnie mam plan na galaretki 🙂
*****

Kupiłam dziś wrzos i zasadziłam do donicy przed domem. 6 różnych odcieni różu, fioletów i bieli. Donica straszyła całe lato – jakoś w kwietniu były tam przez chwilę bratki, po których zostały uschnięte kępki. Natchnęła mnie książką, którą czytam Łucji do poduszki. Generalnie uważam, że ponieważ jest jej narazie wszystko jedno nie muszę czytać bajek, a mogę czytać dajmy na to poradnik. I tak też ostatnio zrobiłam.
Ale krok do tyłu o parę lat.
Miałam kiedyś taką fazę, że zaciekawił mnie temat aniołów. Chodzi o to, że występują w każdej możliwej religii. Ludzie którzy w nie wierzą twierdzą, że są wszędzie i bardzo chcą ludziom pomagać. Dają nam różne sygnały, wskazówki, tyle, że my ich nie umiemy zauważyć. W gruncie rzeczy to logiczne: lubimy myśleć, że ktoś się nami opiekuje i nie ma człowieka, który nie miał sytuacji kiedy pomyślał: Udało się, ktoś nade mną czuwał.
Ponieważ jesień to okres melancholijny przyszła mi do głowy myśl, która mnie prześladuje. Scena w filmu BLOW z Johny Deppem: kolega z celi mówi mu: Wiesz dlaczego Ci się nie udało? Bo wybrałeś złe marzenie.
Qrcze skąd mam wiedzieć czy wybrałam dobre? Czy idę w dobrym kierunku? No i w ten sposób wyjęłam z półki książkę o aniołach. I czytamy ją sobie we dwie. Są tam takie ćwiczenia z wizualizaji aniołów- zresztą ogólnie z wizualizacji życia. Siedzimy gdzieś na dworze i zapuszczamy korzenie, myślimy o tym co przechodzą rośliny w różne pory roku i doceniamy że są takie dzielne. Itd. No i kazali coś zasadzić. Np.wrzos. Najlepiej w piątek. Do piątku nie czekałam, ale jakby nie było zasadziłam 🙂
<><><>
I jeszcze jeden refleksyjny wątek o zaginionych zabawkach. Stworzyła go na forum Zgiełk (też mama Łucji):
"Najpierw był Pieseczek. Łucja go uwielbiała, wtulała w niego mordę, szczekała, koił każdy jej smutek, był kimś, kogo szukała po przebudzeniu.
Pieseczka wcięło i słuch po nim zaginął.
Nastała era Kaczusznika. Kaczusznik był mniejszy, mniej kudłaty, ale poręczniejszy, Łucja śliniła jego dziób, chichrała się do niego, opowiadała mu o swoich harcach, nosiła ze sobą i przesadzała w najróżniejsze miejsca.
Kaczusznik nigdy nie wyszedł z któregoś z takich miejsc.
Niedawno Łu zadzierzgnęła bliższą znajomość z Szympansichem. Szympansicho (fakultatywnie Gorylicho) miało doskonały nos, pękaty brzuszek i głęboko osadzone oczy.
I zanim moje dziecko powierzyło mu wszystkie swoje sekrety, dopuściłam dziś do tego, by Szympansicho się oddaliło i zaginęło.
Przeszłam drogę w jego poszukiwaniu jeszcze dwukrotnie, ale jak znależć brążową małpkę na chodniku pełnym brązowych liści i brązowych psich kup?
Bardzo mnie wzruszają mordy plusząt, przywiązuję się do nich niezmiernie,mają imiona, swoje miejsce i historię. I jest mi okropnie smutno,jak któreś odejdzie.
Post mój jest błahy i okropnie jesienny.
A mi jest melancholijnie."
A ja pamiętam z dzieciństwa żółtą kaczuszkę 🙂 Gdzieś zaginęła, a ja byłam pewna, że jest za szafą. Jak rodzice ją odsunęli po paru miesiącach okazało się, że jej nie ma 
I kaczuszka w mojej głowie rosła całe dzieciństwo. Myślę, że bym jej nie poznała gdybym ją znalazła, taka mi się wydawała wspaniała 🙂 I oczywiście sie nie znalazła.