No więc po kolej jak to się potoczyło (korzystając z tego, że mała śpi, a większa ogląda z ojcem snookera ;)…
Czas jakiś temu w ciąży z Łuczywem oszukałam się straszliwie gina doskonałego. Koniec końców zmianialam go trzykrotnie i zaden tak do konca
mi nie pasowal. Ten ktorego ostatecznie wybralam pracowal w szpitalu gdzie chcialam rodzic (czyli na Madalińskiego) i chociaz klinika w ktorej dorabial byla w II-gim koncu miasta, dzielnie tam gibalam jeszcze pod koniec lipca.
Na poczatku sierpnia on szedl na 3 tygodniowy urlop, a Łuczywo urodziło się w połowie sierpnia. Ale who knows, moze to, ze mialam go wbitego od polowy ksiazeczki zawazylo na tym, ze porod wspominam dobrze.
Tym razem wyborem gina sie nie przejmowalam. W klinice ktora mam 5 minut od domu i mam wykupiony pakiet wybralam babke, ktora przyjmuje w soboty (bo Diabli teoretycznie mógł sie wtedy zajac swoją pierwszą córą). Traf chcial, że babka była z Łodzi z Akademii Medycznej.
Jak zaczely sie pojawiac te niusy o problemach na stołecznych porodowkach się lekko załamałam :[ . Miałam świadomość, że jak cos sie zacznie, to jakos to sie potoczy i bedzie dobrze, ale jak podjechalam do dwoch szpitali to az mi sie zachcialo plakac. Żadnego pewnika, gdzie będzie miejsce, kiedy i za ile mnie przyjmą.
Lekarze od USG + jakis zewnetrzny spec potwierdzili, ze wg nich bedzie kolejna cc. Że pępowina skupiła się wokół szyi (co się zresztą potwierdziło) i spadki tętna pewnie też wystąpią i choć pewnie będą niegroźne cc będzie na 99%. Tyle, ze jako, ze nie ma miejsc w szpitalach, mam sie w nich pojawic dopiero jak zaczna sie skurcze.
Wiec sie tej mojej gin zapytalam: Pani dok, takie hipotetyczne pytanie. Czy jesli bede miec jakies problemy z dostaniem sie do szpitala, moge sie pani zwalic na glowe do Łodzi?
I babka powiedziala, ze oczywiscie.
I kamien spadl mi z serca (to chyba było nawet wtedy słychać).
Nagle okazalo sie, ze moge sie poczuc jak mieszkanka Europy i nie muszę się martwic czy przyjma mnie do szpitala.
Po drodze z coraz większą dystansem czytałam niusy o tym, co się dzieje w szpitalach. O tym, że porodówka na Solcu zamknięta, albo wpisy na marcówkach o sytuacji o miejscach(...Ogólnie, to z miejscami jest bardzo krucho. Słyszałam jak lekarze rozmawiali, że nawet nie mają gdzie poupychać dziewczyn po cesarce. W nocy z piątku na sobotę podobno było 19 porodów, wszystkie sale zapełnione. W poniedziałek na porodówkę przyjęli przy mnie dwie dziewczyny, ale wydaje mi się, że one miały opłaconą położną, albo chodziły do jakiegoś pana profesora z odstającą kieszenią…")
Dalej już historię znacie. W niedzielę wylądowałam w Łodzi w szpitalu i zajęłam przdostatnie wolne miejsce. Od poniedziałku rano miałam robione różne badania (ktg, usg, przepływy, badanie krwi, itd) i wpisano mnie w grafik cięć planowych na czwartek. Dziewczyny w pokoju były naprawdę spoko, pielęgniarki, lekarze i orszak studentów, który towarzyszył wszystkim zabiegom medycznym był też całkowicie w porządku. Jedyne zastrzeżenie mogę mieć do żywienia (marmelada i mortadela), no ale to problem ogólnopolski. Po drodze rozdawali paczki dla przyszłych mam (takie z próbkami produktów dla niemowląt) i ja dostałam cztery, żebym wiedziała, że tu o mnie lepiej dbają niż w Warszawie 🙂
W czwartek rano ok 11 zabrano mnie na stół 🙂 Wcześniej Diabli odbył rozmowę z moją gin, że on nie odda córki po operacji:
-
Ja mam doświadczenie!
-
Proszę mi wierzyć, lepiej jak po cesarskim cięciu dziecko poleży dobę w inkubatorze i się wygrzeje.
-
Ale ja już mam jedną córkę.
-
To jak będzie pan chciał syna, proszę się do mnie zgłosić powiem jak zrobić.
-
To musi być bardzo skomplikowane…
-
Łatwiejsze niż pan myśli.
🙂 Dostałam inne znieczulenie niż ostatnio, chociaż też w kręgosłup. Może pani czuć szarpanie i ciągnięcie, ale nie ból. I tak też było. Anastezjolog przemywając miejsce do wbicia igły powiedział:
-
Ale ma pani brudne plecy… 🙂
-
A jakie mają być, skoro ja tuż już od niedzieli i nie ma mi jak mąż pleców umyć?
Podczas operacji gin powiedziała:
-
Muszę przyznać, że koledzy z Madalińskiego zrobili dobrą robotę 🙂 Macica jest wa takim stanie, że wytrzyma jeszcze jedno dziecko […]. Wątroba w porządku, trzustka bardzo ładna…
A potem już sobie rozmawiali o jakimś studencie, który poszedł na skargę do dziekana, że nie dano mu wbić znieczulenia. I śmieli się, że jeszcze przez najbliższe dwa lata mu takiej szansy nie dadzą 🙂
Chwilę po tym jak rozmowę przerwał skrzek Lilianki wyjechałam z sali i pojechałam na blok pooperacyjny. Ta część jest najbardziej inna od tego co było na Madalińskiego. Być może dlatego, że to ośrodek akademicki i cesarka jest traktowana jak operacja, a nie zabieg położniczy?
Podpięto mnie pod masę urządzeń, które miały mierzyć mój stan pooperacyjny. W nosie miałam rurki z tlenem, przez 5 godzin mierzono mi tętno i zapis bicia serca, podpięto kroplówę, dostałam zastrzyk przyspieszający obkurczanie macicy (akurat to chyba jest standart po cc w całej Polsce), dowiedziałam się, że podczas zabiegu straciłam 350 ml krwi (czyli niepełne dwie szklanki) co jak na operację na najważniejszym mięśniu brzucha jest niedużo (tak mi się wydaje). Pobrano mi krew parę godzin po i dobę po co miało na celu porównanie jak się regeneruje organizm. W ścienie miałam dzwonek, z którego korzystałam jak mnie coś zabolało (przybiegała pielęgniarka i ładowała kolejną dawkę znieczulenia).
Po upływie doby przewieziono mnie na dział poporodowy. Tam siadłam na łóżku i pół godziny później poszłam do pokoju naprzeciwko, gdzie był pokój noworodków. Wzięłam tego szklanego bolida z moją córką i już jej nie oddałam 🙂 Do tej części szpitala można się zresztą najbardziej przyczepić. Nie było poradni laktacyjnej, za to ogólnie dostępne mleko modyfikowane, na które decydowała się większość mam. Chyba zresztą mają dobre relacje ze sponsorami, bo właściwie można było przyjść do szpitala bez niczego. Dostawało się i pieluchy bez ograniczeń, i ubranka dla dzieci, i koszule (takie te szpitalne) można było wymieniać co parę godzin i wkłady poporodowe + wszystko inne.
Nie było też szpitalnego psychologa, który bywa mamom po cesarkach potrzebny (mi ostatnio był).
Na szczęście obie te instutucje nie były mi tym razem potrzebne. Mleko miałam już od kilku tygodni, a dół poporodowy mnie tym razem ominął.
Całość była całkowicie bezpłatna.
I szpital Akademii Medycznej w Łodzi polecam! 🙂