Czas jakiś temu mój brat wysłał rodziców do Spa. Tzn. kupił im vouczery. No i wykorzystali je w ten weekend. Byli tam od piątku. Się basenowali, saunowali, masowali…a na niedzielny obiad przyjechaliśmy do nich my (dzieci) z przyległościami 🙂
Najpierw poszliśmy na spacer po mieście – trwał akurat festiwal ludowych zespołów, więc wszędzie ktoś grał, albo śpiewał. Było straaasznie dużo ludzi, więc dobrze, że wzięliśmy wózek również dla Łucji, bo by się umęczyła. Dziadek Krzycho zaszalał w tych straganach z ludowizną i Klucha dostała:
-
drewnianą sroczkę do zawieszenia na pergoli,
-
glinianego ptaszka-gwizdek na wodę,
-
trzy małe malowane ptaszki do zawieszenia w pokoju (może na lampie?),
-
kogucika z ciasta,
-
motylka (ptaszka?) takiego na drewnianym kiju do pchania,
-
lukrowane kogucie pierniczki,
-
i tak nietypowo (bo nie ptasio) kwiatka z baloników, którego zrobił dla niej cloun na rynku 🙂
Samo Spa fajne. Tato zrobił nam obchód po ośrodku – nieźle, bo jak weszlimy na basen i Łucja zobaczyła gładką taflę wody to puściła się do niej biegiem… W ostatniej chwili złapałam ją przed skokiem w blue odchłań 🙂 Jej wogóle do głowy nie przyszło, że to woda! Zresztą trzeba przyznać, że ona świetnie czuje się w nowym miejscach. Boska Lila Rose (btw.czy wiecie, że tak nazwał swoją córkę Johny Depp?) oddawała się swojej ulubionej czynności spania… Więc ci "nie śpiący" zjedli obiad i wieczorem na mecz byli już spowrotem w swoich domach! 🙂
Foty z pierwszej części dnia tu 😀


