Mąż mi się wybierzmował. Egzamin zdał już dawno temu, ale ceremonię odbyliśmy w piątek. Wcześniej byliśmy na spowiedzi. Dyplomatycznie na pytanie, kiedy byłam ostatnio (15 lat temu) powiedziałam, że ponad 5 lat temu. I nie bardzo wiedziałam co zrobić z tą szarfą, co tam wystawała. Więc nią potrząsnęłam. A trzeba zdaje się pocałować. Rozgrzeszenie dostałam (bo zgodnie z tym co księdzu powiedziałam, jakoś specjalnie nie grzeszę), o pokucie opowiem później, ale dobrze wykombinował.
Byli moi rodzice. Dziadek Krzycho jedzie na wczasy odchudzające. Lutka ma mu dowozić jedzenie 😉 Przywieźli 3 słoiki czarnych jagód, więc narobiłam dżemu. Łucja dostała kogucika do ogródka i jest on narazie co chwila przestawiany…
Oddaliśmy gajer Diabla do zwężenia. On lubi mieć wszystko dokładnie dopasowane. Pan Stasio przywitał go z puszką Tatry w ręku i powiedział, że będzie na środę. Siorbnął i zapytał: Może być za 30 zeta? Monsz się zgodził. A jak zrobi dobrze, to będzie przerabiał dalej resztę jego kolekcji.
W niedzielę był kolega Diabla, z którym byliśmy dawno temu na spływie. Zaprosił nas na ślub. Taki prawdziwy – dwudniowy. W Świętokrzyskie. Mi jego wybranka się spodobała. Zadbana, świetnie ubrana i taka pozytywna. No i chociaż dzieci nie planują, to je uwielbia. Lilak był noszony, całowany przez cały czas ich pobytu. Ja zanim pojawiły mi się własne, dzieci to szerokim łukiem omijałam. Brudne to, ślini się i hałasuje. Ale tym bardziej podziwiam kobiety, które takich blokad nie mają 🙂
Diabli rozpoczął czytanie książki "Winnica w Toskanii". Oczywiście ma fazę: Justku kupmy sobie winnicę i tam zamieszkajmy i co chwila mi czytał jakiś fragment. Książka zresztą fajna i zabawnie napisana. Ja w wolnych chwilach weekendu przeglądałam zaległą prasę. Znalazłam ceny z tegorocznej Wielkiej Niedzieli Triady: Cypr za 500 zeta, Kuba za 1900, Portugalia za 1000. Trzeba za rok (jakoś w kwietniu) trzymać rękę na pulsie 😀
Nie przywiesiliśmy natomiast szafek na buty kupionych w Ikei z miesiąc temu. Powód: brak odpowiednich śrubek. Podobno 
