Mam zdjęcia, coprawda jeszcze nie ze wszystkich aparatów, ale można zrobić małe memo z ubiegłotygodniowej uroczystości 🙂
Tak jak pisałam uroczystość miała miejce w kościółku w Skułach. Mały, drewniany i jeden z najstarszych na Mazowszu i w Polsce. Fundacja kościoła nastąpiła w XIV w. Sufity i ściany zdobią unikatowe XVIII-wieczne polichromie 😉 Jest malutki. Połowę powierzchni zajmuje ołtarz, są cztery rzędy drewniach ław, a do każdego rzędu mieści się 4 osoby, więc nasze porozrzucane rodziny wypełniły go w całości.

Kazanie? Przypowieść? Była o cudzie w Kanie Galilejskiej. Ksiądz spuentował ją życzeniem, aby w naszym domu nigdy nie zabrakło dobrego wina. Aby każdy kto do niego przychodził mógł z nami dzielić to co najlepsze. Diabli był zachwycony. Na hasło "dobre wino" cieszył się jak mysz do sera 😉

Na pierwszym ślubie były dwa wątki muzyczne: pierwszy to gość, który grał na takim casio w USC. Extra za niego zapłaciliśmy, ale emocji było tyle, że nikt go nie zarejestrował (całe szczęście jeden wujek zrobił mu zdjęcie ;). Drugi wątek muzyczny to był Emil, który grał na fortepianie jazzowe i włoskie kawałki podczas eleganckiego obiadu w super hotelu (musimy tam kiedyś zresztą jeszcze jakąś imprezę zrobić 🙂 Tym razem były organy. Największy problem z uchwyceniem linii melodycznej miała Łucja, która dopiero gdy wychodziliśmy z kościoła i zagrał taki ślubny kawałek, złapała rytm i wykorzystała suknię idealną do tańca! 🙂

Przysięga lepiej poszła Diablemu. Ale miał łatwiej. Bo był pierwszy! Ja potknęłam się już na słynnym: Nie odpuszczę Ci aż do śmierci i potem w co drugim słowie robiłam błąd
To oczywiście było pretekstem do wieczornego gdakania Diabla, że on był lepszy i powinnam poćwiczyć dykcję :[

Chrzciny poszły gładko. Łucja wysyłała księdzu mordercze spojrzenia, ale nawet nie pisnęła, zato Lilak odpaliła syrenę. Aha, jeszcze w trakcie ślubu ksiądz tak poprzerabiał słowa, żeby pasowały: Pobłogosław dzieci, którymi ich obdarzyłeś. Szatki i gromnice miały dziewczyny z Wadowic. 🙂

Cała "święta rodzina" 😉 Sukienka Łucji została przywieziona przez dziadków z Paryża. I była nią zachwycona. Po powrocie do domu, kiedy ja i Diabli zdecydowaliśmy się na rozebranie do majtek, a Lilak do bodziaka, Łuczywo niezmiennie paradowała w tych falbanach…


Lila ze swoją mamą chrzestną. Jeszcze studentką, więc bardzo przęjętą swoją rolą! 🙂

Na obiad zabraliśmy wszystkich do takiej farmy, gdzie są stawy rybne. Jakoś tak wymyśliliśmy, że do jedzenia będą różne ryby. Bo ryba to takie biblijne danie. A na czekoladkach z fotografiami dziewczyn (zresztą największy gadżetowy hit imprezy i sprawca największego zamieszania) które miał dostać każdy gość był symbol ichthus-a, czyli symbolu Chrześcijan. Jak rezerwowaliśmy duży stół w altanie pani się zapytała: Czy to będą zawody wędkarskie? 🙂 Można kiedyś je tam zrobić! Ryby były pyszne!

A to trzy pokolenia przed wejściem na tę farmę. Po lewej stronie jest pałacyk, do którego często jeździła Maria Dąbrowska. Bo Grzegorzewice to też jest stara miejscowość . 🙂 Wariant z szalem (opcja z kościoła) to stylistyczny pomysł Lutki – naprawdę świetny! 🙂

Prawda, że pięknie wyglądają dziewczyny na kanapie VW Taurega? Ja wiem, że nie wypada wybrzydzać o aucie, które jest więcej warte niż nasze dochody z kilku lat, ale uważam, że skóra w autach powinna być biała… Chyba, że mówimy o ferrari to może być czerwona, albo o jaguarze, wtedy dopuszczam jasny brąz. 🙂 Ale samochód fajny!

I tak to było. Zdobyczne są pokaźne zbiory biżuterii dla dziewczyn oraz trochę funduszy na nadchodzące wakacje 🙂