
Czy wiecie jak to jest kąpać się w morzu w maju? 🙂 Baaardzo przyjemnie! :)) Szczególnie jak temperatura powietrza przekracza 30 stopni, a wody jest o 10 stopni niższa. Coprawda czasem owiewa jakiś chłodny podwodny prąd, który zmniejsza cycki do rozmiaru rodzynek, ale to naprawdę bez znaczenia :))
Na plaże jeździliśmy na wyspę Brac. Właściwie to pływaliśmy. Promy to fantastyczny wynalazek i zazdroszczę tym, którzy tak docierają do pracy. Kupują sobie parującą kawę i wychodzą na górny pokład. Ptaki latają wokół łapiąc kawałki bułek, wiatr delikatnie wieje a zadaszenie chroni przed słońcem…





"Jeden burek i jedna kifla" – czyli bułka ze słonym serem i rogal. Chorwacki jest prosty i łatwo przyswajalny 🙂 Już drugiego dnia porzuciliśmy sztywny i nie pasujący do klimatów inglisz i komunikacja przebiegała lokalalnie. Żeby było jasne: poziom znajomości angielskiego jest u Chorwatów bardzo wysoki! 🙂 Poza tym lubią dzieci (czego żywym przykładem były bonusy Łucji).

Fragment dialogu w jaki włączyła się kelnerka w Trogirze 🙂 I wogóle modżajto zostało hitem wyjazdu. Najlepsze na świecie serwują w kafe Barbara w Supetarze ;))

Na lewandowej wyspie Hvar kusiły antyczne mury, klimatyczne kościoły, fioletowiły się stragany z lawendą, ale od morza wiała naprawdę pociągająco… Wynajęliśmy więc łódkę i popłynęliśmy (o tak!)na okoliczne wyspy. W ten sposób odkryliśmy Paradise Island. Żeby było śmieszniej nie wiem jak się nazywała… Ale wszystko było tam doskonałe. I zabawny kelner, i sałatka z ośmiornic i doskonała woda i nawet łysy chorwat, który wynurzył się niczym dżinn spod wody i pomógł nam uruchomić łódź…

Co jeszcze Wam mogę powiedzieć?? Chorwacja jest wspaniała. W dzień można było odpocząć w klimatycznych murach, a wieczorem porwać tatę do tańca… Zresztą w dzień też! :)) Łucja była wtedy większą gwiazdą niż śpiewający w murach Dioklecjana klezmerzy (tacy jak ci) :)))




Ostatniego dnia temperatura w porcie o godzinie 10 rano pokazała 36 stopni. Jak wracaliśmy na prom o 18-stej było 45 stopni… Co było po drodze nie wiem. Ale na deptakach zrobiło się tłoczniej (sezon ruszył?) a woda w morzu do pasa w głąb osiągnęła temperaturę zupy. Zapodałam topless i zarządziłam dwa bottomlessy, czego efektem były spieczone jajka sadzone i dwie odmoczone w słonej wodzie małe pupy… 🙂 Lili akurat to wyszło na dobre. Atopowe plamki porozrzucane po całym ciele zniknęły. A Łucja schładzała się lodami, które zresztą nauczyła się sama kupować! 🙂 Dawała pieniążek i wybierała smak… 🙂



Z ważnych informacji jakie szukaliśmy przed wyjazdem a nigdzie ich nie było: Chorwacja jest świetnie przystosowana do poruszania się wózkami (wszędzie są podjazdy i przystosowane krawężniki). Baa, na promach (które zawsze odchodzą z kwadransem opóźnienia) są schody ruchome. Więc nie ma co się obawiać wyprawy z wózkiem. Tym bardziej, że można się wrąbać tak jak my 😉 Że Łucza jechała w wózku, a Lila na rękach… :))
