W przededniu…

  • Wiesz siostra, że niedługo mamy 1-szy czerwca?
  • No wiem.
  • Chciałbym odwiedzić dziewczynki.
  • Bardzo nam będzie miło.
  • A jakie one teraz rozmiary noszą?
  • Sprawdzę i Ci wyślę sms-a.
  • A kto tam tak mówi ma-ma?
  • Lila. Noszę ją i ona tak gada.
  • Lila mówi ma-ma?
  • Mówi. Wiele mówi. Mówi nos i kot…
  • Ale mówi ma-ma?!
  • Mówi.
  • I ja to przegapiłem?!!

🙂 Zabawny ten wujek. Jakoś tak mi się skojarzyło, że jest jak zapracowana biznes-mama, która przegapiła pierwsze siku na nocnik. 🙂 Ale o 1-szym czerwca, bo świętowanie rozpoczęliśmy już wczoraj!
Najpierw zanosiło się na to, że burzliwy i szalony maj, który doprowadził nas do spowrotem do punktu wyjścia pt. Goli i wesoli położył szansę na świętowanie dnia dziecka. Aaaale, okazało się, że tak źle nie jest. Najpierw dzięki info na marcówkach weszłam w posiadanie kuponu poważnie rabatowego do Reserved, dzięki któremu dziewczyny dostały (te co na foto!) koszule nocne! :)) Bardzo lubię tę część garderoby i wydaje mi się, że im też pasuje. Ponadto dziś były dziadki Samuraje z huśtawką, a na jutro zapowiedział się wujek. No i zdaje się tatin ma też jakiś przebiegły prezentowy plan… :))

Ślimakobranie w przerwie kawowej

Na okoliczność deszczu mamy nową zabawę… Zbieranie ślimaków. Właściwie to  Łucza mi pokazuje, a ja zbieram. Wiaderko najpierw nosiła sama, ale jak odkryła, że skorupiaki lubią się wspinać po plastikowych ściankach zaszczyt noszenia przypadł mi… 😉
I mam taką sugestię, dla tych co miksują pogodę. Nieludzko tak niskim ciśnieniem od kilku dni katować… :/

Ja chcę do pracy! Do klimatyzacji!

– Diabli na wakacjach

Jak jesteś w jakimś miejscu, to wydaje się, że na całym świecie musi być taka sama pogoda. I tak np. teraz wydaje mi się, że ziemski glob jest zalany mżawką i wszyscy odbywają kałużowo-kaloszowe spacery…

W tych okolicznościach (miejmy nadzieję jedynych i niepowtarzalnych) trudno się dziwić, że zabrałam się za oglądanie zdjęć. I powiem tak: dziewczyny przechodzą dzięki nam dużą szkołę przetrwania na wyjazdach 🙂 I zdają egzamin bez zarzutu. Nie marudzą i szybko się dostosowują. Bez słowa przybijają gwoździa. I wtedy tylko rodzice muszą zalec w jakiejś knajpie i odczekać aż któraś się obudzi i zacznie budzić drugą… Jedna w wózku, druga na zsuniętych fotelach… Tyle, że przepadają im niektóre niezłe akcje! 😉

Takie jak tak ta w klimatycznym hotelu Bellevue. Podjechała do nas wielka kelnerka, pamiętająca sądzę na tym stanowisku wszystkie przemiany historyczne ostatniego ćwierćwiecza w Dalmacji. Diabli zamówił sobie Toczene Ożujsko i Primorodną Lemoniadę dla mnie, czyli lokalny browar z beczki i napój z kilograma cytryn z odrobiną cukru. Cierpki i odświeżający. Kelnerka po chwili przyszła, ale z piwem w butelce. I ubawiona powiedziała: Toczeno nie stalo! 🙂 Znaczy się spragniony naród wypił! :)))

Sezon na jedzenie!

Podskoczyłam wczoraj do warzywniaka i kupiłam młode ziemniaki, fasolkę, młodą marchewkę, szczypior, gigant pęk koperku, truskawki, czereśnie i obiad był wypas… Powiem Wam, drodzy rodacy 😉  że nigdzie na świecie nie ma takiego pysznego jedzenia! 🙂 Jak wyjeżdżaliśmy to z krajowymi nowalijkami jeszcze było krucho, a teraz jest ich wbród. Baaa, wczoraj nawet pokłóciliśmy się z Diablim o to w jakim momencie gotowania dosypywać do ziemniaków sól 🙂 Kłótnia jak najbardziej serio i gdyby nie wielki smak to być może groźba: To ja nie jem byłaby prawdziwa… 🙂 Dziś ciąg dalszy ucztowania. Też ziemiaczki, ale ze schabowymi i kefirem. Kupiłam też szparagi i wielkie bulwiaste pomidory malinowe oraz upiekłam babeczki z truskawkami (będzie do tego bita śmietana) i ogólnie utknęłam na dobre w kuchni :)) Powinnam zabrać się za pranie, ale i tak nie schnie, mam za małą pralkę i nic mi się do niej nie mieści (prania wcale nie ubywa). Poza tym Lila wszystko tak wyświniła, że właściwie należałoby całość wywalić :)) Więc wracam do kuchni ;)))

Dziewczyny na riwierze

Czy wiecie jak to jest kąpać się w morzu w maju? 🙂 Baaardzo przyjemnie! :)) Szczególnie jak temperatura powietrza przekracza 30 stopni, a wody jest o 10 stopni niższa. Coprawda czasem owiewa jakiś chłodny podwodny prąd, który zmniejsza cycki do rozmiaru rodzynek, ale to naprawdę bez znaczenia :))
Na plaże jeździliśmy na wyspę Brac. Właściwie to pływaliśmy. Promy to fantastyczny wynalazek i zazdroszczę tym, którzy tak docierają do pracy. Kupują sobie parującą kawę i wychodzą na górny pokład. Ptaki latają wokół łapiąc kawałki bułek, wiatr delikatnie wieje a zadaszenie chroni przed słońcem…

"Jeden burek i jedna kifla" – czyli bułka ze słonym serem  i rogal. Chorwacki jest prosty i łatwo przyswajalny 🙂 Już drugiego dnia porzuciliśmy sztywny i nie pasujący do klimatów inglisz i komunikacja przebiegała lokalalnie. Żeby było jasne: poziom znajomości angielskiego jest u Chorwatów bardzo wysoki! 🙂 Poza tym lubią dzieci (czego żywym przykładem były bonusy Łucji).

  • O!!! Mają w menu modżajto!
  • What? You mean mohito? 

Fragment dialogu w jaki włączyła się kelnerka w Trogirze 🙂 I wogóle modżajto zostało hitem wyjazdu. Najlepsze na świecie serwują w kafe Barbara w Supetarze ;))

Na lewandowej wyspie Hvar kusiły antyczne mury, klimatyczne kościoły, fioletowiły się stragany z lawendą, ale od morza wiała naprawdę pociągająco… Wynajęliśmy więc łódkę i popłynęliśmy (o tak!)na okoliczne wyspy. W ten sposób odkryliśmy Paradise Island. Żeby było śmieszniej nie wiem jak się nazywała… Ale wszystko było tam doskonałe. I zabawny kelner, i sałatka z ośmiornic i doskonała woda i nawet łysy chorwat, który wynurzył się niczym dżinn spod wody i pomógł nam uruchomić łódź…

Co jeszcze Wam mogę powiedzieć?? Chorwacja jest wspaniała. W dzień można było odpocząć w klimatycznych murach, a wieczorem porwać tatę do tańca… Zresztą w dzień też! :)) Łucja była wtedy większą gwiazdą niż śpiewający w murach Dioklecjana klezmerzy (tacy jak ci) :)))

Ostatniego dnia temperatura w porcie o godzinie 10 rano pokazała 36 stopni. Jak wracaliśmy na prom o 18-stej było 45 stopni… Co było po drodze nie wiem. Ale na deptakach zrobiło się tłoczniej (sezon ruszył?) a woda w morzu do pasa w głąb osiągnęła temperaturę zupy. Zapodałam topless i zarządziłam dwa bottomlessy, czego efektem były spieczone jajka sadzone i dwie odmoczone w słonej wodzie małe pupy… 🙂 Lili akurat to wyszło na dobre. Atopowe plamki porozrzucane po całym ciele zniknęły. A Łucja schładzała się lodami, które zresztą nauczyła się sama kupować! 🙂 Dawała pieniążek i wybierała smak… 🙂

Z ważnych informacji jakie szukaliśmy przed wyjazdem a nigdzie ich nie było: Chorwacja jest świetnie przystosowana do poruszania się wózkami (wszędzie są podjazdy i przystosowane krawężniki). Baa, na promach (które zawsze odchodzą z kwadransem opóźnienia) są schody ruchome. Więc nie ma co się obawiać wyprawy z wózkiem. Tym bardziej, że można się wrąbać tak jak my 😉 Że Łucza jechała w wózku, a Lila na rękach…  :))

„Powinnas brac lekcje pakowania u Kwasniewskiej” oraz „Czy my musimy pakowac się przy dzieciach”?

Diabli

Pakowanie rozpoczęliśmy wczoraj. I musieliśmy przy dzieciach 🙂 A łatwe to nie było. Cały czas dokładały swoje rzeczy i zabawki (tym razem padło na pluszowe pieski) i jeszcze dziś wyjęłam z walizki duże nożyczki i garderobę przeznaczoną do zostawienia :/ Więcej tego nie przekopuję. Tym bardziej, że odkryłam, że zupełnie nie posiadam gór. Dołów nie brakuje, za to gór nieposiadam wogóle. Nie wiem jak to się stało, więc tak praktycznie zabieram głównie sukienki 🙂 Z kataklizmów przedwyjazdowych zgubiłam dziś moją Visę, wiec objechałam trasę raz jeszcze (sklep gdzie kupowałam bułki i grissini na drogę  oraz krawcową – odbiór zwężonej sukienki) i w zupełnie nieoczekiwanym miejscu, po złożeniu na głos ślubowania, że nigdy więcej nie wrzucę jej luzem do torebki, znalazłam! 🙂

Lecimy w nocy. Dwie godziny (będzie niezłe corrida, bo nie wykupiliśmy w Norwegianie miejscówek) i lądujemy w środkowej Dalmacji parę kilometrów od Splitu (na dole wpisu foto z lotu ptaka, a tu macie gogiel map 🙂 Pogoda nad Adriatykiem ma przypominać Bałtycki lipiec, więc rzeczy ciepłych nie bierzemy 🙂

Co będziemy tam przez tydzień robić? Ano chciałabym żebyśmy popłynęli na wyspę Hvar, o której niedawno pisałam i znalazłam, że uważa się ją za jedną z ośmiu najpiękniekniejszych wysp na świecie i chciałabym też pojechać do sąsiedniego Trogiru, w którym kiedyś w zupełnie innym składzie towarzyskim już byłam. I właściwie tyle. Będzie plaża – Diabli chce koniecznie na wyspie Brac, będzie sałatka z ośmiornic i będzie chyba przyjemnie! :)) Reportaż za tydzień! :))))))

chr-s[

Codzień rano budzę się z trzema kobietami. Z tego dwie śpią w poprzek, więc nie mam jak wyprostować nóg.

– Diabli do sąsiada 😉

Nie przepadam za sprzedażą bezpośrednią. Właściwie to jej nie znoszę, ale ostatnio nie miałam jak się wywinąć ze spotkania z "Mary Kay". Skomplikowane, ale nie było jak. Żeby nie było, że reklamuję, to jeden z ich sztandarowych produktów serii Time Wise, mnie uczula, chociaż bibułki matujące i korektor są świetne 🙂 Na spotkanie przyszła niesamowita babka. Taka duża brunetka. Trudno być taką babką. Najmniejsze niedociągnięcie i efekt widoczny. Ja się zgarbię, skulę i niezauważona zawsze przemknę. A ją widać. I wyglądała tak, że patrzyło się na każdy jej szczegół z pytaniem: Czy u mnie by tak wyszło?. Miała w torebce cienie. Te same co na oczach. Turkusowe… No i zapragnęłam je mieć 🙂 Próbuję złapać o co kaman w ich używaniu. Jak się pomalować, żeby było wow. I tak testuję sobie raz po raz 🙂 Łucja nie ma takich obaw. Jej kolor podoba się bardzo. Tyle, że powieka to za mała powierzchnia. Jedzie pędzelkiem też po czole i po nosie.  A ja zabraknie miejsca, to przecież można też Lilę ozdobić. A co! :)))

Water show

Plany były piknikowe. Był do wyboru: piknik koszykarski klubu, na forum którego się poznaliśmy i piknik gminny, gdzie punktem kulminacyjnym miał być mecz piłki nożnej nauczycielki vs.panie z gminy. :)) Bliższy nam był ten drugi. Oboje lubimy inicjatywy lokalne, no i blisko, i rodzinnie, nie mówiąc o tym, że można się otrzeć o posła Zawiszę 😉 Problem rozwiązała za nas pogoda. Deszcz był w wersji mżawka, ulewa i zacinająca ulewa. I tak dzień cały. Z braku więc lepszego konceptu ruszyliśmy na zakupy. Zdobyczne dwa balony z których jeden odleciał oraz torebka… Dla Łucji, bo jako jedyna wiedziała, że chce. :))

Po drodze Diabli opowiedział mi dowcip. Najpierw nie zrozumiałam, ale im więcej o nim myślałam tym mi się wydawał zabawniejszy 🙂

"Wchodzi dres z dziewczyną do knajpy na Monciaku. Podchodzi do nich kelner i pyta:

  • Co podać?
  • Dla mnie whisky z lodem, a dla świni modżajto." 🙂

I dwa słowa wyjaśnienia. Świnia to określenie na dziewczynę. Ot tak się mówi. Ty świnko. Btw.Diabli tak dziś do mnie mówił i nawet się można przyzwyczaić 🙂 A modżajto to mochito. Jasne już? 🙂

Szarawary

Widziałam w sklepie. Powaliły mnie całkowicie. Takie klasik-klasik. Z szeroką gumą w pasie, w arabski wzorek, szerokie, że hej aż po gumki w kostkach. Rzecz doskonała, tyle, że ja cały czas patrząc na nie widzę ’80-te… :/ A może się jednak przełamać?

Ciekawe jakie ICH pokolenie będzie mieć lęki odzieżowe? 😉 Bo narazie hitem są bluzki na ramiączkach. Łucja je rano wyciąga z szafy i tylko taki fason wchodzi w grę. Jakoś mają z tatusiem podobną fazę 😉 Tylko, że tatuś w tym fasonie wygląda jak gość z pizzerii na Sycylii ;)))

Niedawano Diabli przyuważył pstrykając mistrzostwa snookera. Palec zamarł nad pilotem i oglądamy te fascynujące, toczące się kulki. Gra dwóch mężczyzn, a kobieta ustawia. Mówię:

  • Strasznie nudny ma zawód ta babka. Tak ustawiać te kulki w nieskończoność.
  • Dlaczego nudny?
  • Bo nudny. Już wolałabym być dziewczyną Nr5 w boksie.
  • Ale ona jest sędzią.
  • To niezmienia faktu, że ma nudny zawód… 🙂