Miałam kiedyś koleżankę ze Szczecina. Jako tłumacz z języka
hiszpańskiego znalazła się pośrodku negocjacji Hiszpanów i
Polaków. Ci pierwsi chcieli u nas kupować głowy dorsza, które my
wywalamy, a tam to przysmak. Jej przygoda, chociaż ja sama uważam się za osobę która może zjeść chyba wszystko, pokazała mi, że żywieniowo jeśli chodzi
o Europę też mamy dewiantów. Bo basen morza Śródziemnego, to przecież jedzeniowi barbarzyńcy: Włosi z podrobami, Francuzi z małymi ptaszkami i Hiszpanie z jądrami.
U nas wszystko było bardziej logiczne. Mięso i kartofle. I ziemniaki i jeszcze raz kartofle. Potrawy do których nie musisz dorastać i się przełamywać. Lecz właśnie z ziemniakami mam ostatnio problem. Tam gdzie kupuję warzywa i owoce wszystko mają pyszne. Aż do końca listopada kupowałam tam ogórki z takim żółtym ogonkiem. Ale ziemniaków nie mają dobrych. Bo są białe. A u nas cała rodzina lubi żółte!
Łucja "dzwoni" do swojego "męża":
- Cześć, kochanie. Co na obiad? Będą kotleciki, ziemniaczki i ogórki. I fasolka.
Ja nie wiem gdzie ona to podchwyciła, ale ja nie dzwonię do Diabla, żeby mu powiedzieć co ugotowałam! Naprawdę!!! :))










