Jesteśmy. Wypoczęte i zrelaksowane. Podróż powrotna oczywiście nie obyła się bez przygód…
Jedziemy, jedziemy i przed Lipskiem (tak, tak to jedna z tych miejscowości, które w atlasach szkolnych miały przerabiane L na C) koras. Uchylam okno i podsłuchuję jak gość z auta z przodu rozmawia z chłopem na poboczu:
- Co tam się stało?
- Wypadek był.
- Chyba jakiś poważny, skoro oba pasy zamknięte?
- Policja powiedziała, że ruch puści najwcześniej za trzy godziny.
- Co???? A jest jakiś objazd?
- Nie ma… Chyba, żeby przez pole.
- Którędy?
- O tam za znakiem.
I gość widząc, że ja podsłuchuję do mnie:
- Mogę prowadzić, ale jak się zgubimy to nie moja wina.
- Nie ma sprawy. Bylebyśmy się razem wykopywali.
I ruszyliśmy. On (ojciec dzieciom – bo tylnie siedzenie z małą głową), ja i za mną jeszcze 10 aut.
Jedziemy przez to pole, a śnieg sypie i sypie. Dopóki jechałam to jechałam, ale jak się zatrzymałam to już nie ruszyłam. Zakopałam się tak, że nie mogłam drzwi otworzyć :))) Prowadzący pojechał, ale ci co za mna rzucili się do pomocy. :)) Lila wyje. Łucja ją uspokaja: Pokój, pokój Lila. Wszystko będzie dobrze! A koła kręcą się w miejscu…
Chłopaki rozbujały moje auto i wyjechałam. Ale łatwo nie było i już nawet kombinowałam skąd tu jakby co ciągnik brać :)) Potem jeszcze parę razy zatańczyłam na drodze, ale w końcu na czarną wyjechałam. Na czarnej nie było lepiej. Śnieg sypał coraz bardziej i nawet jazda za pługiem nic nie dawała, bo drogę momentalnie zasypywało. Ale dotarłyśmy.
Więcej szczęścia niż rozumu. Moją dzisiejszą przygodę mianuję na największy tegoroczny cud z symboliką 2010. 2-ga droga, 0-szans i 10 mężczyzn. Dziękuję, dziękuję, dziękuję! :))
<><>

Po kolędzie: